Search
  • Monika Skarzynska

Miejsce pod słońcem


Rozsrebrzony gęstą mgłą błękitno-czerwony zachód słońca mienił się przede mną na rozległym horyzoncie. W szeroką ciszę wplatał się jedynie delikatny szept wiatru. Białe łaty kilku krów stojących w dali na łące, stopiły się w jedno z mgłą, a te czarne stworzyły z dystansu nieregularne, ruchome kleksy. Korona starego drzewa, którego pień także zniknął w wilgotnej bieli, przeobraziła się w wielkiego nieruchomego ptaka z masywnym dziobem. Zieleń i złoto rozległych pól zamieniły się w cynobrowe światło późnego słońca, znikające za długą czarną linią oddalonego o kilka kilometrów lasu.


Długo stałam ukołysana teraźniejszą chwilą. Nie spieszyłam się, by wyjść z niej ani ku przyszłości, ani ku wspomnieniom. Zamknęłam zbędne myśli i słowa w bezimiennej przestrzeni, by delektować się magią stworzenia. Gdy słońce zniknęło za kulą ziemską, ja na nią powróciłam. Półmrok zaczął tężeć więc niespiesznym krokiem ruszyłam w stronę domu, który wynajęliśmy ze znajomymi na kilka dni. Prowadziła do niego krótka szutrowa droga, na skraju której stała stara drewniana chata, ogrodzona równie starym drewnianym płotem. Przywarła do niego wierzba, użyczając swoich gałęzi w miejscu, gdzie brakowało kilku sztachet. Zamiast wejściowych drzwi powiewała długa biała firanka, tworząc przedziwny komplet z namalowanymi na szybach okiennych koronkami, imitującymi zazdroski. Studnię oplatały barwne akrylowe kwiaty, a na ławeczce, zrobionej z jednej długiej deski, stało kilka ramek do obrazów. Front domu kłaniał się pięknemu pejzażowi, który chwilę wcześniej podziwiałam.

“Tu na pewno mieszka malarka”, głośno powiedziała do siebie moja podświadomość.


Widok owej chaty, pomalowanej w kwieciste wzory przywołał moje pragnienie sprzed kilku lat. Chciałam wówczas zamieszkać na podlaskiej wsi, tuż przy biebrzańskich jak te widokach. Plany nie wypaliły ze względu na grubość mojego portfela, zaś moja rodzina, której podsunęłam pomysł zainwestowania w kawałek ziemi nad Biebrzą i przeprowadzenia się tam, nie podzielała mojego entuzjazmu. “Starych drzew się nie przesadza”, mówili o sobie. Zaczęłam więc budować inne wizje i realizować inne marzenia, te usuwając w cień wyobraźni. Jednak w tamtym czasie pragnęłam zamienić pracownię w Warszawie na kilka starych izb, wypełnionych płótnami, sztalugami i zapachem farb olejnych. Gdybym miała wtedy wybór, być może zatopiłabym się tam w malarskim świecie, czerpiąc inspiracje z wnętrza siebie, do którego w pięknie i spokoju zewnętrznej rzeczywistości miałabym ułatwiony dostęp. W ciche jak przestrzeń kosmiczna zimowe wieczory siedziałabym oparta o rozgrzany piec, pisząc swoje wspomnienia lub czytając czyjeś. Robiłabym szkice swoich myśli, by potem ubrać je na płótnie w kolory i kształty. W sezonie letnim organizowałabym plenery, spływy kajakowe, zapraszałabym przyjaciół z różnych zakątków świata na mój skrawek Ziemi. To marzenie czas przyprószył pyłem innych wydarzeń i pragnień.


Każdego wieczora podczas mojego kilkudniowego pobytu w Dolistowie wracałam do tej samej uliczki i do tego samego widoku, z którym na różne sposoby bawiło się światło i kolor. Właśnie szłam podziwiać nagą i rozpaloną kulę słońca muskającą wierzchołek lasu, gdy znów zatrzymał mnie czar tej samej magicznej chaty. Tym razem zobaczyłam w ogrodzie kobietę, otoczoną kolorami wyciśniętymi na paletę. Nie byłam zaskoczona tym spotkaniem, raczej radosna, że mam piękną sposobność poznać osobę, która tu mieszka. Siedziała na starym drewnianym krześle, na przeciwko niedużego płótna, stojącym na skromnym małym stoliku, opartym o fasadę domu. Kobieta wpatrywała się w białe podobrazie, które właśnie zaczynało swoją historię. Miałam wrażenie, że za jej spojrzeniem w przestrzeni wyobraźni już powstawał obraz.

Dobry wieczór - przywitałam się - Gdy pierwszy raz zobaczyłam ten dom, od razu wiedziałam, że mieszka tu artystka. Czy już pani wie co będzie malować?

Dobry wieczór - odpowiedziała, odwracając się z uśmiechem w moją stronę - moja siostra przyjeżdża tu pojutrze, maluję dla niej obraz zainspirowany płótnem Camille’a Corot.

Wyglądała na nie więcej niż pięćdziesiąt lat. Szczupła niewysoka sylwetka podkreślała lekkość jej duszy. Zamieniłyśmy kilka uprzejmych zdań, zanim wstała z krzesła i podeszła do mnie. Zza jej ciemnych oczu spojrzała na mnie serdeczna, delikatna osobowość. Porozmawiałyśmy kilka chwil i już w pierwsze zdania wplotły się interesujące tematy o sztuce, filozofii, o życiu.

W tym samym czasie, kilka kroków od miejsca naszego spotkania, dzień zamieniał się w noc. Chciałam zdążyć na ten pantomimiczny spektakl, jaki dawało słońce zanim zajdzie za ciemną kreską lasu. Jako że czułam konwersacyjny niedosyt, zaproponowałam wspólne spotkanie na następny dzień.

-Jasne, wpadnij jutro na herbatę, upiekę szarlotkę. Tyle jabłek leży w moim ogrodzie. Trzeba wreszcie coś z nich zrobić.

-To może upieczemy ją razem? - zasugerowałam - A potem pójdziemy na wieczorny spacer. Co o tym sądzisz?

-Świetny pomysł.

-Cudownie. Zatem do jutra, Danusiu.

-Do jutra, Moniko.


Spacerując w nikłym świetle zmierzchu, wśród znikających cieni drzew, przyszła do mnie myśl: a może ona to ja z tych dawnych wyobrażeń, z równoległej rzeczywistości moich pragnień? Skoro czas jest nieliniowy i nasze myśli kreują rzeczywistość, może ta sytuacja, w której niespodziewanie się znalazłam, jest ich materialnym odbiciem? Czy to matryca moich dawnych marzeń? Myśli o tym spotkaniu pozostały ze mną do końca dnia. Gdy późnym wieczorem dołączyłam do grona moich znajomych, byłam obecna wśród nich bardziej ciałem niż duchem.


Następnego dnia zastałam Danusię w ogrodowym sadzie. Zbierając jabłka na szarlotkę, poruszała się powoli pośród długich ciepłych promieni popołudniowego słońca, wplątanych w źdźbła trawy. Spokój w jej ruchach, poezja światła i cisza tego miejsca, dawały mi to po co przyjechałam na Podlasie: zatrzymanie czasu.

Przywitałyśmy się, jakbyśmy znały się od lat. Nasze spotkanie zaczęłyśmy wśród jabłoni, pokrytych złotym światłem. Na moment usiadłam na niskim, drewnianym taborecie, który stał tuż pod koroną jednej z nich.

-Poczekaj, zrobię ci zdjęcie - powiedziała Danusia, stawiając na moich udach miskę pełną dojrzałych jabłek, a potem chwyciła telefon komórkowy i kliknęła kilka fotek.

-Wiesz, każda z tych jabłoni symbolizuje jedną kobietę z mojej rodziny. Widzisz tę przy płocie? Jest najstarsza. To moja matka. Jakiś czas temu przestała dawać owoce, już miałam ją ściąć, ale następnego lata znowu obrodziła.

Spojrzałam na stare drzewo. Jego kruche gałęzie wyglądały jak pokręcone artretyzmem kończyny.

- Mimo że moja mama nie żyje, w jakiś sposób wciąż jest tu obecna - westchnęła - Tutaj, te trzy jabłonie nachylone do siebie to my, trzy siostry. Mówi się, że w miejscu, gdzie drzewa nachylają się do siebie jest dobra energia. Tak jak te drzewa, my siostry wciąż wzajemnie się wspieramy. A tamta antonówka to ciotka Stanisława. Nasze ciotki, które też stąd pochodzą, również były dla siebie oparciem.

- To duży ogród - stwierdziłam, wypatrując ogrodzenia, okalającego posesję.

- To nie wszystko. Chodź, pokażę ci więcej.

Zaprowadziła mnie przed front domu, tam gdzie widok rozpościerał się po daleki horyzont, który co wieczór podziwiałam. Minęłyśmy mały drewniany stolik oparty o ścianę domu, na którym leżała książka Paola Cohelo, a na taborecie rozważania “Sokrates cafe”. Jestem pewna, że moja rozmówczyni spędzała każdą wolną chwilę w tym miejscu, czerpiąc energię z ziemi i słów filozofów.

-Widzisz granicę tej łąki? Tam się kończą włości mojej rodziny. To prawie hektar ziemi. Nieraz myśleliśmy, by ją sprzedać, ale miłość do tego miejsca jest silniejsza. Raz nawet skontaktował się z nami kupiec, nic jednak nie wyszło z negocjacji. Kilka kobiet z rodziny, w tym ja, płakałyśmy zaraz po jego telefonie. Płakała w nas tęsknota do miejsca, które jeszcze było nasze. Następnego dnia odwołałyśmy wszelkie oferty sprzedaży. Trudno powiedzieć, co zrobimy z tym kawałkiem ziemi w przyszłości, ale póki co jest z nami.


Weszłyśmy do chaty. Już w progu przywitał mnie czas z zamierzchłych lat. W przedsionku na starym drewnianym stole stała miska z wodą ze studni, w której Danusia myła naczynia. Tuż obok, za płachtą wiekowego materiału, na osnuty pajęczynami strych pięły się szczeble drabiny. Za przedsionkiem była kuchnia, oddzielona wysokim belkowym progiem, łamiącym nierówno ubitą podłogę. Najwięcej miejsca zajmowała tam kuchnia kaflowa. Ozdabiały ją różnej wielkości fajerki, kilka mniejszych garnków oraz kocioł, teraz służący Danusi, a w przeszłości jej mamie, do podgrzewania wody. Jako że było lato, kuchenne kafle były chłodne, mimo to usiadłam przylegając do nich, by rozgrzać historie z dzieciństwa.


Moja babcia miała taką kuchnię. Jedno z moich najwcześniejszych wspomnień to obraz z wnętrza popielnika. Długimi minutami przyglądałam się iskrom z cierpliwością obcą większości kilkulatkom. Pamiętam moje wrażenia, gdy patrzyłam na czerwony deszcz, zmieniający kolor w zetknięciu z szarym popiołem. Był dla mnie jak ruchomy tajemniczy obraz. Ten widok nigdy mi się nie znudził. Intrygujące było to, że te malutkie światełka migające w czarnej czeluści były tak blisko mnie a ja nie mogłam ich dotknąć. Znalazłam jednak inny sposób, by sprawdzić ich moc. Mając pięć lat, włożyłam do popielnika moje kapcie, nie pamiętam jak długo tam leżały, ale chyba niewiele z nich pozostało, bo moja mam, która przyszła po mnie do domu babci, nie miała radosnej miny.

Pamiętam też jak mój dziadek brał mnie na kolana i nucąc, uczył mnie piosenki “z popielnika na Wojtusia iskiereczka mruga…”. Do tej pory uważam, że jest to jedna z ładniejszych piosenek dla dzieci.

Spytałam Danusię, czy może rozpalić tego wieczora kuchnię, chciałam dowiedzieć się jak to zrobić. Przystała na moją prośbę. Wieczorem w starej kuchni kaflowej zabrzmiała melodia iskrzącego się ognia i metalicznego stukotu fajerek.


Zanim dom został otulony ciepłem kuchennego żaru, wcześniej spowił go aromat gotowanych jabłek. Danusia mieszała jabłka. Bulgotały na ogniu kuchni gazowej, która, i tak już stara to jednak o pokolenie młodsza od kaflowej, nie pasowała do wnętrza. W tym samym czasie ugniatałam ciasto, wsłuchując się w opowieści rodzinne Danusi. Były niejako pretekstem do kolejnych rozmów o życiu, czasie i przemijaniu.


Gdy już szarlotka leżała wygodnie umoszczona w prodiżu, Danusia zapytała, czy chciałabym zobaczyć resztę domu.

-Z największą przyjemnością - odparłam ze stonowanym entuzjazmem - prawdę mówiąc już wcześniej o tym myślałam i nie mogłam się doczekać żeby go zwiedzić.

Z kuchni drugie wejście, oprócz tego do przedsionka, prowadziło do przechodniego, skromnie umeblowanego pokoju. Jedną ścianę zastępował bok kuchni kaflowej. Przy niej stało łóżko, by chłodnymi wieczorami rozgrzane kafle utulały śniącego do ciepłego snu. Wnętrze było miękko oświetlone południowym światłem, wpadającym przez dwa okna, ozdobione misternie malowanymi białymi zazdroskami, tymi, które po raz pierwszy podziwiałam z zewnątrz. Promienie słońca stapiały się z ciepłem morelowych ścian. W najbardziej zacienionym kącie stała stara przeszklona biblioteczka, a za jej szklaną przesuwaną szybką, w przeciwieństwie do pokoju, panował ścisk. Książki, notatki, czarno-białe fotografie, tak jakby wszystkie papiery w domu upodobały sobie tylko to jedno miejsce.

Weszłyśmy do kolejnego pomieszczenia mijając kolejny wysoki próg. Po jego przekroczeniu miałam wrażenie, że właśnie weszłam do wnętrza kapliczki. Po środku niebieskiej jak bezchmurne niebo izbie, na dębowym stole, stała półmetrowa figurka Matki Boskiej. Jej błękitno-biała szata tworzyła zacieniony kontrast z mocnym światłem, wpadającym przez okno zza jej pleców do środka izby. Wniebowstąpiona, otoczona promieniami słońca. O tym, że jest to pokój a nie sanktuarium przypominały jedynie szafa i dwa łóżka, przykryte grubymi narzutami oraz obrazki o świeckiej tematyce. Domyśliłam się, że są to prace Danuty. Ona opowiadała o domu a ja, sunąc wolno drobnymi krokami, oglądałam jej malarstwo.

-Bardzo ładny pejzaż - powiedziałam, zatrzymując się przy malowanej wolnym sercem i lekką ręką niedużym obrazku, zawieszonym nad jednym z łóżek.

-A to kto? - zapytałam, kierując uwagę na pastelowy portret chłopca.

-To chłopczyk z mojej rodziny, o którym ci opowiadałam. Ten, który nie żyje.


Z drugiej izby kolejne drzwi prowadziły do przedsionka. Zatoczyłyśmy koło, kierując się do kuchni. Szarlotka jeszcze nie była gotowa więc postanowiłyśmy wyjść na zewnątrz. Kilka sekund później podziwiałyśmy zmierzch, który stworzył od dołu niebieski gradient, zamieniający się ku górze w czerń wszechświata, udekorowaną pierwszymi gwiazdami. Spacerowałyśmy wzdłuż długiej pomarańczowej smugi zachodzącego słońca.

-Sąsiedzi mówią mi, że mieszkam w najpiękniejszym miejscu pod słońcem. Często zakochane pary przechodzą tą uliczką obok naszej chaty, żeby dotrzeć do romantycznych widoków. Dlatego mieszkańcy nazywają ją Aleją Zakochanych. Spójrz na to wielkie drzewo w oddali. Czy widzisz jak jego korona tworzy kształt ptaka?

-Tak - odparłam - przychodzę to co wieczór, od dnia kiedy przyjechałam tu ze znajomymi. Swój dziób skierował w lewo i rozpostarł skrzydła, ale waha się czy polecieć.

Uśmiechnęłyśmy się do siebie. Dwie ciemnookie malarki z równie szczerymi spojrzeniami, za którymi pulsowała wyobraźnia. Dzieliła nas kilkunastoletnia różnica wieku i wybory, których dokonałyśmy w życiu. Ja bujam się po świecie, między niepołączonymi historiami. Ona tak mocno osadzona na rodzinnej ziemi, w jednym miejscu, wśród tych samych ludzi, z którymi tworzy spójną sagę.


Czy tak wyglądałaby moja rzeczywistość, jeśli zrealizowałoby się moje marzenie sprzed kilku lat? Czy Danusia to ja po podjęciu innych życiowych decyzji? To nie przypadek, że nasze drogi się przecięły gdzieś w maleńkiej podlaskiej wsi. Miałam możliwość spojrzenia na moje marzenie, tyle że zrealizowane przez kogoś innego. Moje myśli, choć już przedawnione, wyrzeźbiły kształty marzeń w realym świecie. “Jakbym się czuła w takiej rzeczywistości?” Słyszałam raz po raz to pytanie w mojej głowie.


Miałam wrażenie, że to już nie jest mój scenariusz na życie. W tym magicznym zakątku skryła się cisza, ukołysana dźwiękami natury. Ale wiem, że któregoś dnia usłyszałabym w niej krzyk mojej duszy. Rwałaby się do przygody, do ludzi, innych kultur i języków. Błagałaby o nieznane. Kto wie, może kiedyś odnajdę się na podobnym odludziu, ale na pewno nie teraz.


Na wąskiej ścieżce, łączącej wioskę z odległym lasem migotało kilka maleńkich postaci. To moi znajomi wracali ze spektaklu, który przygotowało słońce. Od lat planowaliśmy wspólny wypad gdzieś w naturę i teraz udało się nam wyjechać. Jednak nie spieszyłam się, by do nich dołączyć. Zostałam z Danusią. Gdzieś w głębi duszy czułam, że spotkanie z nią miało być dla mnie najistotniejszym momentem tego wyjazdu.


Kilka miesięcy po wyprawie do Dolistowa, dowiedziałam się, że w tej maleńkiej wiosce, na którą trafiłam całkiem przypadkowo, tkwią korzenie części mojej rodziny. A dokładnie dziadka, tego, który brał mnie na kolana i nucił ‘Z popielnika na Wojtusia iskiereczka mruga’. W zaskakujący sposób historia przypomina o sobie, wyraźnie wplatając się w teraźniejszość. Wciąż nie wiem dlaczego zostałam przyciągnięta przez to miejsce. Czy ta chata, malarskie gniazdo, i spotkanie z Danusią, mają być zachętą do powrotu w miejsce przodków? Czas przyniesie odpowiedź. W końcu jest nieliniowy. Moimi ograniczonymii zmysłami ja go tylko odbieram jako liniowy. Ale odpowiedź na moje pytania już gdzieś krąży wokół słońca. Wiem jedno, na pewno jeszcze odwiedzę Dolistowo i Danusię w jej malowniczej chacie.


Autorka: Monika Skarzyńska

46 views0 comments

Recent Posts

See All

Kto Ja?

MADURAJ